Skolim nie ukrywa, że temat obecności w eterze wraca w rozmowach regularnie — zarówno ze strony fanów, jak i ludzi z branży. Jak podkreśla, doskonale rozumie, jak funkcjonuje rynek radiowy i nie ma złudzeń co do obowiązujących w nim zasad. Jednocześnie zaznacza, że sytuacja, w której znajduje się dziś, pokazuje wyraźną dysproporcję między realną popularnością a decyzjami redakcyjnymi.

"Muszę skoczyć wyżej niż inni"

Artysta porównuje swoją pozycję do sportowej rywalizacji, w której nie wszyscy startują z tej samej linii. Jak mówi, są twórcy, którzy przy znacznie mniejszych liczbach i zasięgach trafiają do rotacji radiowych, podczas gdy on musi osiągać wielokrotnie lepsze wyniki, by w ogóle być branym pod uwagę.

Paradoks kulis

W rozmowie z WP Skolim zwraca uwagę na paradoks, z którym spotyka się coraz częściej. Zdarza się, że pracownicy rozgłośni prywatnie słuchają jego muzyki, udostępniają ją w mediach społecznościowych lub okazują sympatię, ale oficjalnie nie mogą pozwolić sobie na jej emisję. Dla artysty to dowód na istnienie nieformalnych barier, niezwiązanych bezpośrednio z jakością utworów.

Niezależność zamiast kompromisów

Skolim jasno deklaruje, że nie zamierza zmieniać swojej twórczości pod gusta jednego redaktora czy formatu. Jak podkreśla, jego muzyka działa w bezpośrednim kontakcie z publicznością — na koncertach, w sieci i w codziennym obiegu, bez pośredników.

Koncerty jako odpowiedź

Setki występów rocznie i powracający fani są dla artysty najlepszym potwierdzeniem sensu obranej drogi. Skolim zaznacza, że brak wsparcia radiowego rekompensuje mu intensywny kontakt z ludźmi, którzy znają teksty i reagują na muzykę bez sugestii z eteru.

Bez żalu, ale z refleksją

Na koniec artysta przyznaje, że sytuacja bywa frustrująca, ale nie traktuje jej jako porażki. Raczej jako element systemu, który nie zawsze nadąża za zmianami w sposobie, w jaki dziś konsumowana jest muzyka.