Osiem lat temu widziałem w Krakowie Robbiego Williamsa w ramach jego Let Me Entertain You Tour i odniosłem wrażenie, że więcej już na scenie zrobić się nie da. A jednak. Ale od początku.
Warszawski koncert P!nk zamknął europejską część jej trasy Summer Carnival. Podzielone na cztery części show – w sposób trochę w moim przekonaniu nielogiczny, bo poza zmieniającą się scenografią i strojami artystki niespecjalnie zauważyłem, by zadbano o spójność stylistyczną utworów wewnątrz danych segmentów – stało się de facto podsumowaniem całej dotychczasowej kariery artystki. Nie było to zatem odegranie od A do Z wydanej na początku tego roku płyty "Trustfall" (może nawet miała jej tam trochę za mało, a szkoda, bo to naprawdę solidny krążek), ale też nie ma się co dziwić: każdy kolejny album (z "Funhouse" z 2008 i "The Truth About Love" z 2012 roku na czele) przynosił różowej artystce hit za hitem, a przecież to na nie czekają fani na całym świecie.
I tu dochodzimy do punktu, w którym potrzebuję powiedzieć, że nie pochwalam wchodzenia na scenę i odśpiewywania utworu po utworze bez minimalnego wysiłku angażującego publiczność do czegokolwiek (choćby miało to być wykrzykiwanie siermiężnych sylab). Bo gdybym chciał sobie włączyć greatest hits to bym sobie puścił na głośnikach w domu. Zatem muszę chylić czoła przed tym, co wydarzyło się na Narodowym w niedzielny wieczór: było spektakularne "Raise Your Glass", był dance’owy remix "What About Us", był cover Boba Dylana (a właściwie wersji Adele) "Make You Feel My Love", było trochę country, trochę rzewnych ballad, ale przede wszystkim było gigantyczne widowisko. Widowisko trochę nie do opisania słowami.
P!nk przenosiła publiczność z kalifornijskiego barbecue nad basenem (pierwsza scenografia) do klubu fitness (kolejna), by trafić wreszcie do parku trampolin, z którego sama wystrzeliła się za pomocą rozwieszonych pod dachem lin, by przelecieć nad każdym sektorem i pomachać spod nieba trzęsącym się ze szczęścia fanom z bliska. A do tego jeszcze zasupportowały ją Margaret i Viki Gabor (heloł, tydzień temu kończysz szesnaście lat i nagle grasz z P!nk, gratulacje!), słowem: brakowało tylko legendarnego youtube’owego reportera z Viva Dance Club Rybno, ale było, jak mówił – "przyjechali ludzie z Warszawy, z Żyrardowa, ze Skierniewic, z wielu, z wielu, z wielu miejsc" (i to dosłownie, bo P!nk ze sceny zagadywała przybyłych z Brazylii, ja zaś wypatrzyłem flagę Ekwadoru oraz spotkałem turystów z Finlandii). No i masa hitów była: i mów co chcesz, czytelniku, ale wkładu P!nk w popkulturę nie usuniesz z encyklopedii.
Jako wielki zwolennik merytokracji muszę oddać, że jeśli ktoś ma zachwycać na koncertach popowych, to ma to być właśnie P!nk i koniec, kropka. Zero maniery, żadnej rutyny, kolosalny zaśpiew, kondycja jak u trzynastoletnich chińskich akrobatek, a do tego dawanie przez nią poczucia, że śpiewa dla każdego z osobna. Amen. Cirque du Soleil mógłby z tego rozpisywać taktykę jak Jacek Gmoch. Dodajmy jeszcze, że P!nk zagrała pewnie w najcieplejszym dniu roku (choć zmiany klimatyczne zauważalne jak meteor w Czelabińsku przyniosą nam jeszcze może do końca sierpnia plus pięćdziesiąt stopni, kto wie), więc wszystko złożyło się na naprawdę gorącą atmosferę Narodowego (na którym wciąż raz słychać, raz nie, ale drobny tip: kupujcie bilety na dolnej trybunie przy scenie).
P!nk zagrała w połowie lipca, ale dla wielu było to zapewne faktyczne zwieńczenie pride month (z drobnym poślizgiem). Dorzućmy do tego fakt realnego wspierania osób neutralnych płciowo, wychowywania dzieci w duchu izonomii, opowiadanie się po stronie walczących o wszelkie równouprawnienie, a jeszcze przecież "pink-collar workers" to określenie branż zawodowych, w których dominują kobiety, więc składa się to wszystko na powiedzenie tym wielkim twardogłwym: i co, łyso wam (sorry Jeff Bezos)?
No i zmierzam nieuchronnie do odegranego gdzieś pod koniec koncertu utworu "Irrelevant", który pozwolę sobie teraz wyrywkowo zacytować: "we're all welcome now" ("wszyscy jesteśmy mile widziani"), "does Jesus love the ignorant? I like to think he'd gladly take us all" ("czy Jezus kocha ignorantów? Myślę, że chętnie przyjąłby nas wszystkich"), "you can try to make me small (…) I won't think of you at all" ("możesz mi umniejszać, a ja w ogóle nie będę o tobie myślała"). Czy to nie czyni P!nk artystką zaangażowaną, w ramionach której wszyscy odbiorcy mieliby się poczuć otoczeni opieką? Tak, bezsprzecznie. Utwór ten został zresztą uzupełniony wyświetlanymi na telebimach zdjęciami antyrządowych protestów ze Stanów Zjednoczonych, George’a Floyda, Donalda Trumpa i Baracka Obamy, marszu LGBTQ+, zamieszek w Charlottesville, wreszcie szturmu na Kapitol i człowieka-bizona. Tak, nie możemy zmuszać do heroizmu kogokolwiek, ale czy właśnie taki rodzaj bohaterstwa nie powinien być dziś wyróżnikiem artystów mających multimilionowe zasięgi?
Nie jestem fanem muzyki P!nk. Jest dla mnie na wielu płaszczyznach zbyt prozaiczna, bazująca na niewyszukanych schematach, może momentami niezrozumiała z powodu jakiejś spirytualnej bliskości z Billym Ray’em Cyrusem, ultrapopularnym w USA, w Europie kompletnie niezakorzenionym. Jednak "Walk Me Home" (niezagrany podczas koncertu na Narodowym) zarżnąłem podczas któregoś kryzysu wewnętrznego; "What About Us" słuchałem w kółko w trakcie samotnej podróży po Portugalii pomiędzy płytami Sigur Rós i Drake’a (to jak? dziś nie słucha się gatunków, a muzyki, prawda?); "Blow Me" kojarzy mi się ciepło z dawną pracą, w której z uśmiechem znosiliśmy trudy z kolegami z pokoju; wreszcie "Just Like a Pill" towarzyszyło mi gdzieś podczas wchodzenia w dorosłość. Więc może? Zaraz… Chwila… Może jestem fanem P!nk?