Ogłoszeni finaliści i narastające kontrowersje

14 stycznia Telewizja Polska oficjalnie opublikowała listę ośmiu wykonawców, którzy zakwalifikowali się do finału polskich preselekcji. O możliwość reprezentowania Polski na Eurowizji powalczą: Alicja Szemplińska, Basia Giewont, Jeremi Sikorski, Stanisław Kukulski, Piotr Pręgowski, Aleksandra Antoniak, Anastazja Maciąg oraz Karolina Szczurkowska. Już w dniu ogłoszenia nazwisk w mediach społecznościowych i branżowych zaczęły pojawiać się głosy, że tegoroczna stawka jest wyjątkowo nierówna, a poziom zgłoszeń nie spełnił oczekiwań części jurorów.

Jednym z najbardziej komentowanych głosów był wpis Michała Hanczaka, który wprost przyznał, że gdyby miał wskazać propozycje pozbawione większych wątpliwości, lista byłaby bardzo krótka. Według jego opinii tylko trzy–cztery piosenki wyróżniały się na tle pozostałych, co – jak podkreślił – świadczy o dość przeciętnym poziomie nadesłanych zgłoszeń.

Dwie dzikie karty na ratunek preselekcjom?

Jak ustalił Pudelek, w kuluarach Telewizji Polskiej coraz częściej mówi się o potrzebie "wzmocnienia" finału preselekcji. Regulamin konkursu dopuszcza możliwość przyznania dzikiej karty, a w tym roku rozważane jest sięgnięcie po ten mechanizm aż dwukrotnie. Według informatorów serwisu, TVP ma zabiegać o udział Michała Szpaka – reprezentanta Polski na Eurowizji 2016 – oraz Marcina Maciejczaka, zwycięzcy "The Voice Kids", który w ostatnich latach konsekwentnie buduje swoją pozycję na rynku muzycznym.

Za oboma artystami stoi liczna i zaangażowana publiczność, co czyni ich atrakcyjnymi z punktu widzenia oglądalności i promocji wydarzenia. Źródła Pudelka twierdzą, że nadawca jest gotów przeznaczyć bardzo wysokie budżety na ich udział, licząc na to, że rozpoznawalne nazwiska przyciągną widzów i podniosą rangę preselekcji.

Twarde warunki Michała Szpaka

Sytuacja nie jest jednak jednoznaczna. Według informacji przekazywanych przez Pudelka, Michał Szpak miał postawić Telewizji Polskiej konkretne i dość twarde warunki dotyczące ewentualnego powrotu do preselekcji. Ich spełnienie może okazać się dla TVP trudne, a nawet niemożliwe, co sprawia, że jego udział wciąż stoi pod znakiem zapytania. Mimo to rozmowy mają trwać, a ostateczne decyzje jeszcze nie zapadły.

Finał bez koncertu na żywo

Kolejną niespodzianką, o której informuje Pudelek, jest zmiana formuły finału polskich preselekcji. Wbrew oczekiwaniom części fanów, koncert nie odbędzie się na żywo. Telewizja Polska zdecydowała, że wszystkie finałowe występy zostaną wcześniej nagrane w studiu programu "Jaka to melodia?". Rejestracja zaplanowana jest na 28 lutego i 1 marca, natomiast emisja finału ma nastąpić tydzień później – 7 marca.

Uczestnicy preselekcji mają w najbliższych dniach poznać szczegółowe parametry sceny, co pozwoli im zaplanować koncepcje występów. Na zgłaszanie pomysłów produkcyjnych otrzymają około tygodnia. Decyzja o rezygnacji z koncertu na żywo już teraz budzi emocje i podziały wśród fanów Eurowizji, którzy liczyli na bardziej widowiskową formułę wydarzenia.

Niepewność do ostatniej chwili

Wszystko wskazuje na to, że tegoroczne polskie preselekcje do Eurowizji upłyną pod znakiem niepewności, zakulisowych rozmów i możliwych zmian w składzie finalistów. Potencjalne przyznanie dwóch dzikich kart mogłoby całkowicie zmienić dynamikę rywalizacji i wpłynąć na ostateczny wynik konkursu. Na razie jednak Telewizja Polska nie potwierdziła oficjalnie tych doniesień.